Too much.

Dynamiczny rozwój polskich firm, i tendencja do globalizacji sprawiają, że odwiedza nas coraz więcej gości zza granicy. Korzysta na tym gospodarka, korzysta kultura, słowem - nic, tylko się cieszyć. Przyjmowanie gości jest jednak zawsze wyzwaniem, szczególnie, kiedy to goście z daleka.


Coraz częściej na konferencjach i wieczorach integracyjnych pojawiają się grupy mieszane pod względem kulturowym i językowym. Wymaga to troski organizatorów, chociażby ze względu na różnice w zwyczajach żywieniowych. Pierwszą barierą, którą napotykają goście jest język. Przyjęło się, że kiedy goście pochodzą z różnych stron świata, językiem eventu staje się angielski. Wtedy często też pojawia się na sali tłumacz.


Ja, jako częsty dysponent mikrofonu, i osoba która zna cały scenariusz, jestem szczególnie wrażliwy na dobrą współpracę z tłumaczami, bo wiem, z jak trudną materią się mierzą. Apeluję zatem do wszystkich prelegentów - pamiętajmy o tym, że naprawdę niewiele potrzeba, aby zapewnić tłumaczowi komfort pracy: mówić wyraźnie, przedstawić wcześniej skrypt wypowiedzi, i nie przesadzać z idiomami. Tłumacze to cisi bohaterowie eventów, często stawiani przed karkołomnymi zadaniami: sam kiedyś widziałem panią, która przekładała żarty standupera na niemiecki… Too much tłumacz, moim zdaniem..



Czytaj także na LinkedIn.

2 wyświetlenia